Kryzys rodzica

"Już nie mam siły pomagać” — co zrobić, kiedy rodzic jest emocjonalnie wyczerpany?

Kiedy każdego dnia trzeba uspokajać, tłumaczyć, pilnować, przewidywać i reagować na kolejne trudności dziecka, może w końcu zabraknąć siły nawet na rzeczy, które wcześniej przychodziły naturalnie. Co zrobić, gdy rodzic czuje przede wszystkim zmęczenie, złość i potrzebę, żeby przez chwilę nikt niczego od niego nie chciał?

Autor: Urszula Czekirda — konsultacje rodzicielskie, ASD, wsparcie pedagogiczne, doradztwo zawodowe

Kwalifikacje: Pedagog i pedagog specjalny — praca ze spektrum autyzmu; Trener umiejętności społecznych i wsparcia w codziennym funkcjonowaniu; Psycholog kliniczny - psychoterapia w trakcie uzupełniających studiów; Doświadczenie w HR i planowaniu ścieżek zawodowych

„Już naprawdę nie mam siły”.

To zdanie może pojawić się po kolejnym trudnym poranku.

Po telefonie ze szkoły.

Po awanturze o odrabianie lekcji.

Po godzinie uspokajania dziecka, które nie może poradzić sobie ze zmianą planu.

Albo wieczorem, kiedy wreszcie robi się cicho i rodzic orientuje się, że właściwie nie ma już energii na nic.

Nawet na rozmowę.

Nawet na własne potrzeby.

Nawet na zastanawianie się, co można zrobić lepiej jutro.

Rodzicielstwo samo w sobie potrafi być wymagające. Jeśli jednak dziecko potrzebuje szczególnie dużo wsparcia w regulowaniu emocji, funkcjonowaniu w szkole, relacjach, organizacji codzienności czy radzeniu sobie z przeciążeniem, rodzic może przez bardzo długi czas działać w trybie ciągłej gotowości.

Przewiduje.

Zapobiega.

Tłumaczy.

Rozwiązuje.

Rozmawia ze szkołą.

Czyta.

Szuka specjalistów.

Organizuje wizyty.

Pilnuje kolejnych zaleceń.

Pomaga dziecku przejść przez kryzys.

A potem próbuje jeszcze normalnie pracować, zrobić zakupy, odpowiedzieć na wiadomości i funkcjonować w rodzinie.

Przez jakiś czas możemy tak działać.

Problem pojawia się wtedy, gdy niemal cały dostępny zapas energii jest regularnie zużywany na pomaganie innym.

Wtedy może pojawić się myśl:

„Nie chcę już nikomu pomagać”.

To może przestraszyć rodzica.

Bo przecież kocham swoje dziecko.

Dlaczego więc nie mam już cierpliwości?

Dlaczego denerwuje mnie kolejne pytanie?

Dlaczego marzę tylko o tym, żeby zostać sam?

Brak siły do dalszego pomagania nie musi oznaczać braku miłości.

Może oznaczać, że od bardzo dawna sami działamy bez wystarczającego wsparcia.

Emocjonalne wyczerpanie nie zawsze wygląda jak płacz

Możemy wyobrażać sobie przeciążonego rodzica jako osobę, która płacze i mówi:

„Nie daję rady”.

Czasami rzeczywiście tak jest.

Ale wyczerpanie może wyglądać zupełnie inaczej.

Możemy zauważyć u siebie:

  • rozdrażnienie niemal od rana,
  • bardzo małą tolerancję na hałas,
  • złość na kolejne pytania dziecka,
  • potrzebę unikania rozmów,
  • obojętność wobec problemów, które wcześniej nas poruszały,
  • poczucie, że wszystko jest obowiązkiem,
  • trudność z cieszeniem się wspólnym czasem,
  • odkładanie prostych spraw,
  • ciągłe napięcie w ciele,
  • problemy z koncentracją,
  • poczucie winy po każdym wybuchu,
  • myślenie: „Niech już wszyscy dadzą mi spokój”.

Czasem rodzic działa bardzo sprawnie.

Dziecko jest nakarmione.

Terminy są zapisane.

Szkoła dostała odpowiedź.

Zakupy zrobione.

Z zewnątrz wszystko funkcjonuje.

Tylko wewnątrz coraz częściej pojawia się pustka albo złość.

Można być dobrym rodzicem i mieć dość

Te dwie rzeczy mogą istnieć jednocześnie.

Możemy kochać dziecko i nie mieć ochoty po raz jedenasty tłumaczyć tej samej sytuacji.

Możemy chcieć mu pomóc i jednocześnie czuć złość, że znowu musimy wszystko przerywać.

Możemy rozumieć, że jego wybuch wynika z przeciążenia, a jednocześnie mieć serdecznie dość krzyku.

Możemy wiedzieć, że potrzebuje wsparcia i marzyć o jednym dniu, podczas którego nikt nie będzie nas potrzebował.

Rodzicielstwo nie usuwa naszych własnych granic.

Nie sprawia, że przestajemy potrzebować:

  • ciszy,
  • snu,
  • czasu bez odpowiedzialności,
  • kontaktu z innymi dorosłymi,
  • własnych zainteresowań,
  • poczucia, że ktoś czasem zajmuje się także nami.

Jeżeli przez długi czas ignorujemy te potrzeby, organizm może w końcu powiedzieć:

„Więcej już nie dam”.

„Powinienem dawać radę” potrafi dołożyć kolejne obciążenie

Rodzic może być zmęczony.

A chwilę później zacząć krytykować siebie za to, że jest zmęczony.

„Inni mają gorzej”.

„Przecież to moje dziecko”.

„Sam zdecydowałem się na rodzicielstwo”.

„Powinienem być cierpliwszy”.

„Dobry rodzic by tak nie myślał”.

Do realnego przeciążenia dokładamy wtedy kolejną warstwę — walkę z własnymi emocjami.

Możemy spróbować zamienić pytanie:

„Co jest ze mną nie tak?”

na:

„Co sprawia, że mam już tak mało zasobów?”.

To znacznie bardziej użyteczne pytanie.

Czasem problemem nie jest jeden wielki kryzys

Rodzic może powiedzieć:

„Przecież nic aż tak strasznego się nie dzieje”.

Dziecko chodzi do szkoły.

Nie ma jednej dramatycznej sytuacji.

Tylko codziennie wydarza się kilkanaście drobnych rzeczy.

Rano trzeba pięć razy przypomnieć o ubraniu.

Potem dziecko nie chce wyjść.

Ze szkoły przychodzi wiadomość.

Po powrocie pojawia się wybuch.

Trzeba pomóc w lekcjach.

Wieczorem dziecko nie może zasnąć.

Następnego dnia zaczynamy od początku.

Jedna taka rzecz może być łatwa do udźwignięcia.

Sto małych obciążeń każdego tygodnia już niekoniecznie.

Dlatego pytanie:

„Czy naprawdę mam powód być aż tak zmęczony?”

nie zawsze ma sens.

Organizm nie liczy wyłącznie wielkich wydarzeń.

Liczy również ciągłe drobne napięcie bez wystarczającej regeneracji.

Bycie stale potrzebnym może być wyczerpujące

Niektóre dzieci bardzo często potrzebują pomocy dorosłego.

„Mamo, chodź”.

„Tato, zrób”.

„Nie umiem”.

„Zostań”.

„Powiedz pani”.

„Pomóż mi”.

Rodzic może przez lata być pierwszą osobą, która:

  • uspokaja,
  • tłumaczy,
  • przewiduje trudność,
  • organizuje rozwiązanie,
  • kontaktuje się z innymi,
  • pilnuje planu.

Z czasem może powstać wrażenie:

„Jeżeli ja tego nie zrobię, wszystko się rozsypie”.

To bardzo ciężka pozycja.

Bo nie ma momentu prawdziwego odpoczynku.

Nawet kiedy dziecko jest spokojne, rodzic może już myśleć:

„Co będzie wieczorem?”.

„Czy jutro pójdzie do szkoły?”.

„Czy pamięta o sprawdzianie?”.

„Czy znowu będzie konflikt?”.

Ciało odpoczywa na kanapie.

Głowa nadal jest na dyżurze.

Odpoczynek to nie tylko brak obowiązków

Możemy mieć godzinę wolnego i wcale nie odpocząć.

Jeżeli przez tę godzinę:

  • czytamy o problemach dziecka,
  • szukamy specjalisty,
  • odpisujemy nauczycielowi,
  • analizujemy ostatni wybuch,
  • zastanawiamy się nad jutrzejszym planem,

formalnie mamy czas bez dziecka.

Emocjonalnie nadal jesteśmy w roli opiekuna.

Dlatego warto odróżnić:

czas bez wykonywania obowiązków

od:

czasu, w którym naprawdę nie zajmuję się problemami dziecka.

Ten drugi jest szczególnie ważny.

Czasem pierwszą potrzebą nie jest „więcej cierpliwości”

Rodzic może szukać:

„Jak być bardziej cierpliwym?”.

To dobre pytanie tylko do pewnego momentu.

Jeżeli jesteśmy skrajnie zmęczeni, kolejne techniki cierpliwości mogą stać się jeszcze jednym zadaniem.

Oddychaj.

Licz do dziesięciu.

Mów spokojnie.

Pamiętaj o potrzebach dziecka.

Zastosuj odpowiedni komunikat.

Czasem problem brzmi nie:

„Nie umiem reagować”.

Tylko:

„Nie mam już z czego reagować”.

Wtedy potrzebujemy nie tylko lepszej techniki.

Potrzebujemy zmniejszenia obciążenia.

Zróbmy prosty bilans obciążeń

Nie musimy tworzyć rozbudowanej tabeli.

Możemy zadać sobie trzy pytania:

Co zabiera mi najwięcej energii?

Co jest naprawdę konieczne?

Co robię tylko dlatego, że przyzwyczaiłem się, że muszę?

Może się okazać, że ogromnie obciążające są:

  • codzienne konflikty o lekcje,
  • wożenie na wiele zajęć,
  • rozmowy ze szkołą,
  • wieczorne usypianie,
  • ciągłe przygotowywanie dziecka do każdej sytuacji,
  • konieczność pamiętania za wszystkich.

Nie musimy od razu rozwiązać wszystkiego.

Wystarczy znaleźć jeden obszar, w którym możemy odzyskać trochę przestrzeni.

Nie wszystko musi być zrobione idealnie

W przeciążeniu łatwo utrzymywać standard życia, który był możliwy wtedy, gdy mieliśmy więcej energii.

Dom ma być posprzątany.

Obiad zdrowy.

Dziecko ma zrobić wszystkie lekcje.

Powinno uczestniczyć w zajęciach.

Trzeba ćwiczyć zalecone umiejętności.

Wieczorem wartościowy wspólny czas.

A my mamy być przy tym spokojni, obecni i cierpliwi.

Czasami warto zapytać:

„Co się stanie, jeśli przez kilka dni będzie po prostu wystarczająco dobrze?”.

Może dzisiaj obiad będzie bardzo prosty.

Może pranie poczeka.

Może nie wszystkie dodatkowe zadania zostaną wykonane.

Może dziecko obejrzy film, żebyśmy mieli pół godziny ciszy.

Kryzys zasobów nie jest najlepszym momentem na dążenie do idealnej organizacji życia.

Zmniejszenie oczekiwań nie oznacza rezygnacji z dziecka

Rodzic może obawiać się:

„Jeżeli odpuszczę, wszystko się pogorszy”.

Ale czasami właśnie ciągła presja utrzymuje wszystkich w napięciu.

Jeżeli każde popołudnie składa się z:

  • lekcji,
  • ćwiczeń,
  • zajęć dodatkowych,
  • treningu samodzielności,
  • obowiązków domowych,

być może zarówno dziecko, jak i rodzic potrzebują mniej.

Nie na zawsze.

Może na kilka tygodni.

Może tylko w trudniejsze dni.

Możemy wybierać priorytety.

„Dzisiaj zależy nam na spokojnym wieczorze bardziej niż na idealnie zrobionym ćwiczeniu”.

Sprawdźmy, czy nie pomagamy w rzeczach, które dziecko potrafi zrobić samo

Kiedy dziecko przez długi czas potrzebuje dużo wsparcia, rodzic łatwo zaczyna pomagać automatycznie.

Przypomina.

Podaje.

Pakuje.

Pyta.

Sprawdza.

Wyprzedza problem.

Czasami rzeczywiście jest to potrzebne.

Ale warto od czasu do czasu sprawdzić:

„Czy nadal muszę to robić?”.

Być może dziecko potrafi już:

  • samo spakować część plecaka,
  • sprawdzić plan,
  • nalać sobie wodę,
  • napisać wiadomość do kolegi,
  • poprosić nauczyciela o pomoc.

Nie chodzi o nagłe wycofanie wsparcia.

Chodzi o to, żeby rodzic nie wykonywał przez lata czynności, które stopniowo może przejmować dziecko.

Każda taka rzecz to trochę odzyskanej energii.

Pomoc może być stopniowana

Nie musimy wybierać:

robię za dziecko

albo:

radź sobie sam.

Możemy dawać różne poziomy wsparcia.

Najpierw:

„Zrobię to z tobą”.

Później:

„Powiedz mi, jaki jest pierwszy krok”.

Następnie:

„Zacznij sam, przyjdź, jeśli utkniesz”.

W końcu:

„Wiesz, co zrobić”.

To pomaga budować samodzielność dziecka i stopniowo zmniejsza ciągłą odpowiedzialność rodzica.

Nie każde „mamo!” wymaga natychmiastowej reakcji

Jeżeli przez lata odpowiadamy od razu, dziecko może nauczyć się, że rodzic jest zawsze dostępny natychmiast.

Możemy zacząć wprowadzać:

„Słyszę cię. Przyjdę za pięć minut”.

„Teraz kończę swoją rzecz. Potem pomogę”.

„Spróbuj najpierw sam, a jeśli nadal będzie trudno, zawołaj”.

Oczywiście nie dotyczy to zagrożenia czy sytuacji, w której dziecko naprawdę potrzebuje natychmiastowej pomocy.

Ale nie każda potrzeba jest pilna.

Rodzic również może mieć swoje pięć minut.

Wprowadźmy momenty, w których nie rozwiązujemy problemów

Możemy ustalić:

„Po 21:00 nie analizuję szkoły”.

Albo:

„Podczas kolacji nie rozmawiamy o lekcjach”.

„Kiedy idę na spacer, nie czytam wiadomości ze szkoły”.

To mogą być małe granice.

Ich znaczenie jest jednak duże.

Dają mózgowi informację:

„Dyżur na chwilę się kończy”.

Jeżeli problem naprawdę jest pilny, wrócimy do niego.

Większość spraw może poczekać pół godziny.

Nie trzeba być dostępnym emocjonalnie przez całą dobę

Dziecko jest zdenerwowane.

Rodzic również.

Możemy powiedzieć:

„Chcę z tobą o tym porozmawiać, ale teraz sam jestem zbyt zdenerwowany. Wrócę za dziesięć minut”.

To może być odpowiedzialniejsza reakcja niż rozmowa prowadzona na granicy wybuchu.

Nie opuszczamy dziecka.

Pokazujemy:

„Dorosły również ma granice i potrafi o nie zadbać”.

Co zrobić, kiedy czujemy, że zaraz wybuchniemy?

Najpierw bezpieczeństwo.

Jeżeli możemy, zatrzymajmy rozmowę.

Możemy powiedzieć:

„Jestem teraz bardzo zdenerwowany. Potrzebuję dwóch minut”.

Jeśli dziecko jest bezpieczne, możemy:

  • przejść do innego pomieszczenia,
  • napić się wody,
  • otworzyć okno,
  • oprzeć ręce o blat,
  • zrobić kilka spokojniejszych wydechów,
  • zadzwonić do drugiej osoby dorosłej.

Nie musimy w tym momencie rozwiązywać problemu wychowawczego.

Celem jest niedopuszczenie do eskalacji.

Jeśli krzyknęliśmy, możemy naprawić sytuację

Rodzice czasem krzyczą.

Wyczerpanie zwiększa ryzyko, że zareagujemy ostrzej, niż chcieliśmy.

Po wszystkim możemy powiedzieć:

„Byłem bardzo przeciążony i krzyknąłem. Nie powinienem był mówić do ciebie w taki sposób”.

Bez:

„Ale ty mnie sprowokowałeś”.

Możemy jednocześnie utrzymać granicę:

„Nadal nie zgadzam się na to, co zrobiłeś. Mogłem jednak powiedzieć to inaczej”.

Dziecko widzi, że dorosły może popełnić błąd i go naprawić.

Nie musimy być idealni, żeby dawać bezpieczny przykład.

Poczucie winy może zabierać kolejne zasoby

Po trudnym wieczorze rodzic kładzie się spać i zaczyna analizować:

„Dlaczego tak powiedziałem?”.

„Znowu zawiodłem”.

„Na pewno mu szkodzę”.

Refleksja może pomagać.

Wielogodzinne karanie siebie już niekoniecznie.

Możemy zapytać:

„Czy jest coś, co jutro mogę naprawić?”.

Jeśli tak — robimy to.

Jeśli nie — potrzebujemy również możliwości zamknięcia dnia.

Poczucie winy ma sens, gdy prowadzi do zmiany.

Jeżeli prowadzi wyłącznie do kolejnego wyczerpania, przestaje pomagać.

Odpoczynek nie musi być produktywny

Rodzic może wreszcie dostać godzinę dla siebie.

I pojawia się myśl:

„Powinienem wykorzystać ten czas”.

Poćwiczyć.

Posprzątać.

Przeczytać książkę.

Załatwić zaległe sprawy.

Czasami najlepszym wykorzystaniem godziny jest zrobienie bardzo niewiele.

Usiąść.

Obejrzeć coś lekkiego.

Pójść na spacer bez celu.

Położyć się.

Nie odpowiadać nikomu.

Regeneracja nie musi rozwijać.

Może po prostu regenerować.

„Dbaj o siebie” jest zbyt ogólne

Rodzic słyszy:

„Musisz zadbać o siebie”.

Tylko kiedy?

Między śniadaniem a szkołą?

Podczas pracy?

W trakcie wybuchu dziecka?

Takie rady mogą dodatkowo irytować.

Dlatego warto szukać konkretnych, możliwych zmian.

Nie:

„Potrzebuję więcej czasu dla siebie”.

Tylko:

„We wtorek od 18:00 do 19:00 druga osoba przejmuje dziecko”.

Nie:

„Muszę odpoczywać”.

Tylko:

„Po powrocie z pracy przez piętnaście minut nie rozwiązuję żadnych problemów”.

Nie:

„Powinnam częściej wychodzić”.

Tylko:

„W sobotę rano idę sama na spacer”.

Małe konkretne rozwiązanie ma większą szansę wydarzyć się naprawdę.

Dziesięć minut też może mieć znaczenie

Nie każdy rodzic może wyjechać na weekend.

Nie każdy ma rodzinę, która przejmie dzieci.

Nie każdy może regularnie kupować dodatkową pomoc.

Dlatego nie warto myśleć:

„Skoro nie mogę mieć całego dnia wolnego, to nic nie da się zrobić”.

Czasami warto szukać mikropauz.

Dziesięć minut kawy bez pytań.

Krótki spacer.

Prysznic bez pośpiechu.

Kwadrans ze słuchawkami.

Telefon do kogoś, z kim nie trzeba rozmawiać o problemach.

To nie rozwiąże chronicznego przeciążenia.

Może jednak trochę zmniejszyć napięcie pomiędzy większymi zmianami.

Prośmy o konkretną pomoc

„Potrzebuję pomocy” może być dla otoczenia zbyt niejasne.

Bliscy nie wiedzą, co zrobić.

Możemy poprosić konkretnie:

„Czy możesz w środę odebrać dziecko ze szkoły?”.

„Czy możesz zostać z nim przez dwie godziny w sobotę?”.

„Czy możesz zrobić dzisiaj zakupy?”.

„Czy możesz przejąć rozmowę z wychowawcą?”.

„Czy możesz dzisiaj zrobić kolację?”.

Łatwiej odpowiedzieć na konkretną prośbę niż na ogólne:

„Nie radzę sobie”.

Pomoc nie zawsze musi dotyczyć dziecka

Czasem najtrudniej znaleźć osobę, która potrafi przejąć opiekę nad dzieckiem mającym szczególne potrzeby.

Ale ktoś może pomóc inaczej.

Może:

  • zrobić zakupy,
  • ugotować,
  • posprzątać,
  • zawieźć rodzeństwo,
  • odebrać paczkę,
  • pomóc w formalnościach.

Jeśli zdejmujemy z rodzica trzy inne obowiązki, zostaje mu więcej zasobów na obszar, którego rzeczywiście nie może delegować.

Jeden rodzic nie powinien być jedynym ekspertem od dziecka

W niektórych rodzinach powstaje układ:

„Tylko mama wie, co zrobić”.

Albo:

„Tylko tata potrafi go uspokoić”.

Czasami wynika to z realnego doświadczenia.

Jedna osoba spędza z dzieckiem więcej czasu i zna wszystkie strategie.

Problem pojawia się wtedy, gdy właśnie dlatego nigdy nie może odpocząć.

Warto stopniowo przekazywać wiedzę drugiej osobie:

„Kiedy zaczyna chodzić po pokoju i przestaje odpowiadać, zwykle potrzebuje mniej pytań”.

„Tutaj jest plan wieczoru”.

„Te trzy rzeczy zazwyczaj pomagają”.

Druga osoba nie zrobi wszystkiego identycznie.

Nie musi.

Jeżeli dziecko jest bezpieczne, inny sposób nie musi być gorszy.

Pozwólmy innym robić rzeczy po swojemu

Rodzic, który przez lata wszystkim zarządza, może mieć trudność z odpuszczeniem.

Partner przejmuje wieczór.

Ale robimy zdalne zarządzanie:

„Pamiętaj o tym”.

„Nie tak”.

„Zrób inaczej”.

„On lubi inaczej”.

W efekcie nadal pracujemy.

Jeżeli wszystko jest bezpieczne, warto czasem pozwolić drugiej osobie znaleźć własny sposób kontaktu z dzieckiem.

Może to wyglądać inaczej.

To nie musi być problem.

Dziecko nie powinno być odpowiedzialne za emocje rodzica

Możemy być zmęczeni i powiedzieć:

„Potrzebuję chwili ciszy”.

Możemy powiedzieć:

„Dzisiaj mam mało energii”.

Warto jednak uważać na komunikaty:

„Przez ciebie jestem wykończony”.

„Zobacz, co ze mną robisz”.

„Gdybyś zachowywał się normalnie, nie byłbym taki zmęczony”.

Rodzic ma prawo do granic.

Dziecko nie powinno jednak otrzymywać odpowiedzialności za dobrostan dorosłego.

Możemy powiedzieć:

„Mam dziś mało zasobów, dlatego potrzebuję, żebyśmy zrobili spokojniejszy wieczór”.

To komunikat o nas, nie oskarżenie dziecka.

Jednocześnie nie musimy udawać, że wszystko jest łatwe

Druga skrajność to ukrywanie każdej własnej emocji.

Rodzic jest wyczerpany, ale mówi:

„Nic mi nie jest”.

Dziecko i tak może zauważyć napięcie.

Możemy modelować zdrowe granice:

„Jestem zmęczony”.

„Potrzebuję odpocząć”.

„Porozmawiamy za chwilę”.

Dziecko uczy się, że ludzie mają ograniczone zasoby i można o nich mówić bez obwiniania innych.

Sprawdźmy liczbę zajęć i specjalistów

Rodzic może chcieć wykorzystać każdą możliwość wsparcia.

TUS.

Logopeda.

Psycholog.

Terapia pedagogiczna.

Sport.

Dodatkowe zajęcia.

Każde osobno może mieć sens.

Łącznie tworzą jednak kolejny etat:

  • dowożenie,
  • czekanie,
  • pilnowanie terminów,
  • ćwiczenia w domu,
  • rozmowy ze specjalistami.

Warto czasem zapytać:

„Które z tych działań są teraz naprawdę priorytetowe?”.

Więcej wsparcia nie zawsze oznacza lepsze wsparcie.

Czasami cała rodzina potrzebuje jednego wolnego popołudnia bardziej niż kolejnych zajęć.

Dom nie musi być drugim gabinetem

Po konsultacji lub zajęciach rodzic może dostać zalecenia.

Ćwiczyć.

Rozmawiać.

Trenować.

Wprowadzać strategie.

To może być wartościowe.

Ale rodzic nadal przede wszystkim jest rodzicem.

Nie musi każdej sytuacji zamieniać w interwencję.

Możemy czasem:

  • wspólnie obejrzeć film,
  • zagrać,
  • zjeść coś,
  • wygłupiać się,
  • pozwolić dziecku pobyć samemu.

Relacja potrzebuje również zwyczajności.

Wybierzmy jeden problem zamiast pięciu

Jeżeli wszystko wydaje się trudne, możemy próbować naprawiać wszystko jednocześnie.

Sen.

Jedzenie.

Szkoła.

Wybuchy.

Lekcje.

Relacje.

Samodzielność.

To szybko przytłacza.

Wybierzmy jeden obszar.

Na przykład:

„Przez najbliższe dwa tygodnie skupiamy się na spokojniejszym powrocie ze szkoły”.

Resztę utrzymujemy na poziomie wystarczającym.

Po dwóch tygodniach sprawdzamy, czy coś się zmieniło.

Mniejsza liczba celów oznacza mniejszą liczbę decyzji.

Ustalmy minimum na trudny dzień

Możemy przygotować wersję dnia na moment, kiedy zasobów jest wyjątkowo mało.

Na przykład:

Dzisiaj minimum to:

  • bezpieczeństwo,
  • jedzenie,
  • podstawowa higiena,
  • przygotowanie do jutra,
  • sen.

Reszta może poczekać.

Nie każdego dnia trzeba nadrabiać zaległości i rozwijać umiejętności.

Niektóre dni są po prostu do przejścia.

To również część życia rodzinnego.

Dostrzeżmy, co działa

Przeciążony mózg szczególnie łatwo zauważa problemy.

„Znowu był wybuch”.

„Znowu szkoła dzwoniła”.

„Znowu nie zrobił lekcji”.

Warto raz na jakiś czas sprawdzić również:

„Co już nie jest tak trudne jak pół roku temu?”.

Może dziecko:

  • szybciej wraca do równowagi,
  • potrafi powiedzieć „przerwa”,
  • samo robi śniadanie,
  • lepiej komunikuje potrzeby,
  • ma jedną bezpieczną relację w szkole.

Te rzeczy nie anulują zmęczenia.

Pomagają jednak zobaczyć, że nie cały wysiłek znika bez śladu.

Zmęczenie może zmieniać sposób, w jaki widzimy dziecko

Kiedy jesteśmy przeciążeni, łatwiej myśleć:

„On zawsze robi problem”.

„Nigdy nie współpracuje”.

„Wszystko musi być po jego myśli”.

Nie oznacza to, że rodzic jest zły.

Zmęczony mózg upraszcza.

W spokojniejszym momencie możemy wrócić do konkretu:

„Co dokładnie się wydarzyło?”.

„Czy naprawdę zawsze?”.

„Czy są sytuacje, w których sobie radzi?”.

„Czy dzisiaj było coś dodatkowo trudnego?”.

To pomaga oddzielić aktualne wyczerpanie rodzica od oceny całego dziecka.

Ale nie musimy też tłumaczyć dziecka w nieskończoność

Możemy rozumieć:

„Jest przeciążony”.

„Zmiana jest dla niego trudna”.

„Nie zrobił tego specjalnie”.

I jednocześnie być zmęczeni skutkami jego zachowania.

Rozumienie przyczyny nie usuwa naszego doświadczenia.

Jeżeli dziecko krzyczy przez godzinę, hałas nadal jest trudny.

Jeżeli budzi nas co noc, nadal jesteśmy niewyspani.

Jeżeli potrzebuje stałej pomocy, nadal kosztuje to energię.

Mamy prawo szukać rozwiązania także dlatego, że obecna sytuacja jest zbyt obciążająca dla rodzica.

Nie czekajmy, aż będzie naprawdę źle

Rodzic może odkładać szukanie wsparcia:

„Jeszcze daję radę”.

„Inni potrzebują bardziej”.

„Najpierw zajmijmy się dzieckiem”.

Tymczasem wsparcie rodzica nie jest konkurencją dla wsparcia dziecka.

Stan dorosłego wpływa na cały system rodzinny.

Łatwiej:

  • zachować granice,
  • reagować spokojniej,
  • podejmować decyzje,
  • wspierać regulację dziecka,

jeśli sami mamy choć trochę zasobów.

Nie musimy czekać do całkowitego wyczerpania.

Kiedy warto szczególnie potraktować swoje zmęczenie poważnie?

Warto poszukać dodatkowego wsparcia, jeśli przez dłuższy czas:

  • budzimy się już zmęczeni,
  • niemal cały kontakt z dzieckiem zaczyna nas drażnić,
  • coraz częściej krzyczymy,
  • mamy trudność z kontrolowaniem złości,
  • przestajemy czerpać przyjemność z rzeczy, które wcześniej były ważne,
  • wycofujemy się z kontaktu z innymi,
  • nie potrafimy odpocząć nawet wtedy, gdy mamy okazję,
  • czujemy, że jesteśmy stale na granicy,
  • funkcjonowanie rodziny zaczyna być dla nas nie do udźwignięcia.

Nie warto czekać, aż pojawi się „wystarczająco poważny” powód.

Sam fakt, że obecny sposób funkcjonowania nie jest już do utrzymania, jest ważną informacją.

Co zrobić, jeśli boję się własnej reakcji?

To moment, którego nie warto bagatelizować.

Jeżeli rodzic czuje:

„Za chwilę mogę zrobić coś, czego będę żałować”,

najważniejsze jest bezpieczeństwo.

Jeśli tylko sytuacja na to pozwala:

  • przerwijmy konflikt,
  • odsuńmy się,
  • poprośmy inną osobę dorosłą o przejęcie opieki,
  • zapewnijmy dziecku bezpieczne miejsce,
  • nie kontynuujmy wychowawczej dyskusji.

Jeżeli obawiamy się, że możemy skrzywdzić dziecko, siebie lub inną osobę, potrzebna jest pilna pomoc i odciążenie — nie kolejna próba „wytrzymania jeszcze trochę”.

W sytuacji bezpośredniego zagrożenia należy skorzystać z pomocy ratunkowej.

Myśli „chcę stąd uciec” też warto potraktować serio

Przy ogromnym przeciążeniu może pojawić się fantazja:

„Chciałbym po prostu zniknąć na tydzień”.

Sama potrzeba ucieczki od obowiązków nie musi oznaczać zamiaru zrobienia sobie krzywdy.

Jest jednak sygnałem, że obecny poziom obciążenia jest bardzo wysoki.

Jeżeli pojawiają się myśli o samookaleczeniu, śmierci, odebraniu sobie życia albo poczucie, że nie jesteśmy w stanie zapewnić bezpieczeństwa sobie lub dziecku, nie zostawajmy z tym sami. Potrzebny jest pilny kontakt z odpowiednimi służbami lub specjalistyczną pomocą.

Konsultacja nie musi być tylko „o dziecku”

Rodzic może przyjść z pytaniem:

„Co mam zrobić z jego wybuchami?”.

A w trakcie rozmowy okazuje się, że równie ważne jest:

„Jak mam to wszystko wytrzymać?”.

To też jest istotny temat.

Możemy wspólnie przyjrzeć się:

  • co obecnie zabiera najwięcej zasobów,
  • jakie sytuacje regularnie kończą się przeciążeniem,
  • które wymagania można uprościć,
  • gdzie dziecko może dostać trochę więcej samodzielności,
  • jakie granice warto wprowadzić,
  • jak podzielić odpowiedzialność między dorosłych,
  • co można odpuścić bez szkody,
  • jak reagować, kiedy własna cierpliwość się kończy.

Czasem nie potrzebujemy kolejnych dziesięciu strategii.

Potrzebujemy jednej lub dwóch zmian, które naprawdę odciążą codzienność.

Nie każda trudność wymaga natychmiastowego rozwiązania

Dziecko opowiada o konflikcie.

Rodzic już analizuje:

„Czy mam pisać do nauczyciela?”.

„Czy trzeba porozmawiać z rodzicami drugiego dziecka?”.

„Czy to kolejny problem z relacjami?”.

Czasami możemy powiedzieć:

„Rozumiem. Chcesz, żebym teraz coś z tym zrobił, czy chciałeś mi tylko opowiedzieć?”.

Może się okazać, że dziecko nie potrzebuje działania.

Potrzebuje wysłuchania.

To ważne również dla zasobów rodzica.

Nie każdy problem trzeba od razu zamieniać w projekt.

Pozwólmy dziecku czasem doświadczyć niewielkiej frustracji

Jeżeli rodzic stale zapobiega każdemu dyskomfortowi, musi być ciągle czujny.

Przygotowuje idealny kubek.

Pilnuje, żeby nikt nie usiadł na właściwym miejscu.

Przewiduje każdą zmianę.

Rozwiązuje konflikt, zanim dziecko zdąży spróbować.

Oczywiście dzieci potrzebują wsparcia.

Ale nie każdą niewygodę musimy usunąć.

Jeżeli sytuacja jest bezpieczna i mieści się w możliwościach dziecka, możemy dać mu chwilę na własną próbę.

„Spróbuj najpierw ty”.

„Co możesz zrobić?”.

„Jestem obok, jeśli będziesz potrzebować pomocy”.

To również może odciążyć rodzica.

Nie musimy rozwiązywać emocji dziecka

Dziecko jest smutne.

Może być smutne.

Dziecko jest rozczarowane.

Może być rozczarowane.

Rodzic nie musi natychmiast sprawić, żeby znowu było szczęśliwe.

Możemy być obok:

„Widzę, że jest ci przykro”.

I nie dodawać kolejnych pięciu rozwiązań.

Czasami bardzo dużo energii zabiera nam przekonanie:

„Muszę sprawić, żeby dziecko przestało źle się czuć”.

Nie musimy.

Możemy pomagać mu przejść przez trudne emocje.

To coś innego.

Dziecko może mieć problem, którego nie potrafimy rozwiązać

Nie każdą sytuację da się naprawić.

Ktoś nie chce się z nim przyjaźnić.

Wycieczka została odwołana.

Dostało słabą ocenę.

Straciło ważną rzecz.

Możemy pomóc.

Nie możemy sprawić, że każde doświadczenie skończy się dobrze.

Akceptacja tego może być trudna dla rodzica, ale również uwalniająca.

Naszym zadaniem nie jest usuwanie całego cierpienia dziecka.

Naszym zadaniem jest towarzyszenie mu i pomaganie w zdobywaniu narzędzi do radzenia sobie z życiem.

Wsparcie rodzica pomaga również dziecku

Rodzic może czuć, że czas przeznaczony na siebie jest czasem „zabranym dziecku”.

W rzeczywistości regularne przeciążenie dorosłego wpływa na:

  • cierpliwość,
  • możliwość utrzymywania granic,
  • zdolność spokojnego reagowania,
  • atmosferę w domu,
  • podejmowanie decyzji.

Dlatego dbanie o własne zasoby nie jest dodatkiem, który robimy dopiero po zaspokojeniu potrzeb wszystkich innych.

Jest częścią funkcjonowania całej rodziny.

Nie potrzebujemy zostać idealnie wypoczętym rodzicem

Przy realnym życiu rodzinnym to często niemożliwe.

Nie chodzi o stan:

„Nigdy nie jestem zmęczony”.

Chodzi o różnicę między:

„Jestem zmęczony po trudnym dniu”

a:

„Od miesięcy nie pamiętam, kiedy naprawdę miałem siłę”.

Między:

„Dzisiaj zabrakło mi cierpliwości”

a:

„Każda rozmowa z dzieckiem mnie drażni”.

Między:

„Potrzebuję wieczoru dla siebie”

a:

„Nie chcę już wracać do domu”.

Im wcześniej zauważymy tę różnicę, tym więcej możliwości mamy, żeby coś zmienić.

Co możemy zrobić już dziś?

Nie musimy tworzyć wielkiego planu naprawczego.

Możemy wybrać jedną rzecz.

Na przykład:

„Dzisiaj nie rozwiązuję problemów szkolnych po 20:00”.

„Proszę partnera o przejęcie kąpieli”.

„Odpuszczamy jedno dodatkowe zadanie”.

„Przez pół godziny jestem niedostępny, jeśli nie ma sytuacji awaryjnej”.

„Piszę do kogoś z konkretną prośbą o pomoc”.

„Umawiam konsultację, bo nie chcę czekać, aż będzie gorzej”.

Jedna zmiana może nie rozwiązać całego przeciążenia.

Może jednak być początkiem odzyskiwania wpływu.

Rodzic również może potrzebować wsparcia

Dużo mówi się o potrzebach dziecka.

O regulacji dziecka.

O jego emocjach.

O dostosowaniu środowiska.

To wszystko jest ważne.

Ale obok dziecka jest dorosły, który codziennie pomaga mu przez te sytuacje przechodzić.

On również ma układ nerwowy.

On również ma granice.

On również może być przeciążony.

Nie musimy czekać, aż całkowicie zabraknie nam siły, żeby uznać własne potrzeby za wystarczająco ważne.

Czasem pierwszym krokiem nie jest:

„Jak mogę jeszcze lepiej pomóc dziecku?”.

Czasem warto zacząć od:

„Co możemy zmienić, żeby również rodzic miał z czego pomagać?”.

Powiązana usługa

Pogotowie rodzicielskie

Szybka pomoc, gdy sytuacja z dzieckiem zaczyna Cię przerastać.

Opis usługi: Pogotowie rodzicielskie